Kategorie: Wszystkie | O Cynamonie | O Miśku | O Pacie | O Rysiu | O Tomku
RSS
niedziela, 24 maja 2009
Cóż...
Nie. Wkurw jest za duży, żeby go zamknąć w prostej piosence Pink Floyd. Jest mi źle, czuję ból po stracie jednej z najbliższych mi osób, po stracie kogoś, kto na śmierć nie zasługiwał... my wszyscy jesteśmy bardziej winni niż Ona. A najgorsze jest to, że piszę te słowa już w którejś tam formie i na kolejny sposób, i cały czas wydają mi się one sztuczne, cały czas nie dotykają sedna sprawy. A sedno jest takie, że Ona nie zasługiwała na śmierć, zasługiwała na lepsze, spokojniejsze, szczęśliwsze życie. Była dobrą osobą, najlepszą, jaką znałem. Wiec może o to chodzi? Może to świat jest tak jebanie parszywy, że nie toleruje dobrych istot? Że sakzuje je na cierpienie tak niewyobrażalne, że boję się nawet o nim myśleć? Sądziłem, że śmierć Basi mnie jakoś uodporni na te odczucia, ale nie. Świat ciągle jest niesprawiedliwy. Świat ciągle odbiera mi i nam wszystkim najwspanialszych ludzi, jakich mogliśmy kiedykolwiek spotkać. I ten sam świat bez nich pozostaje gorszym, smutniejszym, nędzniejszym miejscem. Nie wiem, jak to nazwać inaczej. A te słowa w pełni tego nie oddają. Wkurwia mnie świat, który nie chce obecności aniołów. Wkurwiają mnie lekarze, zresztą jak zwykle. Wkurwiają mnie ludzie, którzy udają, że im żal. Wkurwia mnie fakt, że chociaż zrobiłem wszystko, co mogłem... nie pomogłem. A wielokrotnie bardziej to ja zasługuję na cierpienie i śmierć niż Ona. I nie dlatego, że jestem jakoś sczególnie obskurwiałą istotą. Po prostu w porównaniu z Nią każdy wypada gorzej. Absolutnie każdy. A najgorsze jest to, że przez ostatnie czternaście miesięcy żyłem między innymi ze świadomością tego, że kiedyś jeszcze uda się z Nią porozmawiać, kiedyś jeszcze dojdzie do siebie, wróci do szczęścia. Ostatnie tygodnie spędziłem myśląc, że to prawie pewne. Kurwa. A teraz czytam gdzie bądź, że jej szkoda, ale nie aż tak, bo ktoś jej nie znał, bo ktoś uważa żal w necie za sztuczny itp. Niech kurwa spierdalają. Marta była najwspanialszą istotą, jaką w życiu spotkałem, i jeśli ktokolwiek twierdzi, że jakiś płacz po niej jest przesadzony, to w moich oczach nie ma serca. Nie było w Niej ani grama nienawiści, gniewu, zazdrości... jeśli to ode mnie by zależało, Marta zostałaby świętą. Mogę mnożyć epitety w nieskończoność, ale tego nie oddam. Podobnie, jak nie oddam ogromu żalu, jaki mi po Niej pozostał. Nigdy już nie usłyszę Jej śmiechu, nigdy już nie spojrzę w Jej radosne, pełne zaufania oczy, nigdy już nie zamienię z Nią ani słowa... nie czarujmy się. Marta jest teraz w znacznie lepszym miejscu, to jest pewne. I to nie dlatego, że wszystko jest lepsze niz ten parszywy świat. Ból pozostał tutaj, z nami, ze mną. A mnie jej brak będzie doskwierał; nie wiem, czy tak jak innym, ale mnie na pewno. Dotkliwie. Marto. Bez Ciebie nie ma na tym świecie nic, co by przekonało mnie o jego wartości. Moja wiara w sens świata zgasła. Wraz z Tobą.
01:41, bernardowo , O Miśku
Link Dodaj komentarz »
LEMoniada - exodus
Dziwnie wracać do starego tematu w takiej sytuacji... tym bardziej, że wiele lat już upłynęło, a i pamięć już nie ta... W każdym razie sytuacja wygląda, jak wygląda. Nie pamiętam już większości niuansów związanych z Lemoniadą, wien jeno, że daliśmy dwa przedstawienia w Teatrze Zdrojowym, jedno w Gencjanie, jedno w Czechach na Modrym Kocurze i jedno w Niemczech. W różnych składach i w różnych stanach, z czego najbardziej w pamięć zapadła mi niemiecka interpretacja: my z Mateuszem, opanowujacy przestrzeń sceniczną niemal intuaicyjnie, Ceból czołgający się pod sceną, spartańskie warunki, Emilę zamiast Karoliny i tak naprawdę najlepszy spektakl, jaki "Deus Ex Machina" dała w tym składzie. DeM był zachwycony. Publiczność też. Coś tam nawet wygraliśmy.

Acha. Graliśmy jeszcze na Bom-barcie, tam też coś wygraliśmy. Ale już mniejsza o to.

W tej chwili mija bez mała sześć lat od ostatniej Lemoniady. Pamiętam jeno obrazy: głośne hulanki w hangarze lotniczym, w którym nocowaliśmy w Niemczech, wymiany spojrzeń i ról między starymi a nowymi, chrapanie Kacpra na widowni, zapach sceny w ODK, gdzie miał miejsce Bom-bart. Nade wszystko pamiętam jednak euforię, jaka towarzyszyła kolejnym improwizowanym wybrykom podczas niemieckiej Lemoniady; wtedy po raz pierwszy poczułem tak naprawdę, jak to jest grać, jak to jest stworzyć siebie na scenie od nowa. Niewspółmiernie pomógł mi w tym Mateusz; konia z rzędem temu, kto znajdzie lepszego partnera scenicznego. Muszę przyznać, że obserwując go wiele się nauczyłem... a przynajmniej starałem się nauczyć. Późniejszy przebieg wydarzeń sprawił, że jednak nie wszystko wtedy pojąłem.

W miarę, jak piszę te słowa, przypominają mi się kolejne anegdoty. Wywalanie papierosów za okno, śpiewanie Bogarodzicy w Niemczech, palenie szeroko pojętego głupa, słuchanie koncertów organowych... a przede wszystkim radość. Radość z bycia wśród tych ludzi. Zaraz potem radość z bycia na scenie.

I to chyba był mój największy błąd, jaki podówczas popełniłem. Wolałem być z ludźmi niż ze sceną. Czas pokazał, że jednak scena mogła dać mi więcej, jednak o tym musiałem się przekonać na własnej skórze. Nie będę tutaj wspominał o projektach dość efemerycznych, chociaż z PR-owskiego punktu widzenia wspomnieć powinienem. Niejaki Tray, współzałożyciel duetu The Jet Set, został sprowadzony do Polski właśnie przez nasz teatr. Robiliśmy z nim wtedy spektakl East Side Story, niestety (bądź na szczęście) nieudany. Pracowaliśmy ponadto nad nowym rpojektem, nad czymś, co - i nie przesadzam w tej chwili ani trochę - zmieniło moje życie. Ale o tym kiedy indziej.

Na koniec chciałem tylko powiedzieć, dlaczego wracam do tego bloga. Bo zacząłem myśleć. Bo wróciłem do refleksji. Wczoraj zmarła jedna z moich najbliższych przyjaciółek i zdecydowanie najlepsza osoba, jaką w życiu spotkałem. Musiałem o tym gdzieś napisać. A ten blog zawsze był do tego celu idealny, choć nie takie było jego przeznaczenie... tak że wywalam na wierzch swoją gorycz wraz z zatartymi już wspomnieniami. Może to kogoś zainteresuje. Albo nie. Mam to gdzieś.

Misiek

P.S. So, so you think you can tell Heaven from Hell,
blue skies from pain.
Can you tell a green field from a cold steel rail?
A smile from a veil?
Do you think you can tell?
And did they get you to trade your heroes for ghosts?
Hot ashes for trees?
Hot air for a cool breeze?
Cold comfort for change?
And did you exchange a walk on part in the war for a lead role in a cage?
How I wish, how I wish you were here.
We're just two lost souls swimming in a fish bowl, year after year,
Running over the same old ground.
What have we found? The same old fears.
Wish you were here...

[*]
01:09, bernardowo , O Miśku
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 lutego 2008
Spokój

Mieszkając w wielkim mieście człowiek zapomina, jak to jest być w domu. Ale nie takim domowym domu, górnolotnie rozumianym jako Mekka, bezpieczna ostoja, rodzina czy wspomnienie z dzieciństwa. Nie. "W domu" rozumianym jako dom, literalnie, zespół przedmiotów i okoliczności. Taki prawdziwy. Namacalny.

Już zapomniałem, jakie to błogie. A po raz pierwszy od bodaj listopada mogę sobie pozwolić na błogość. Na kota na kolanach. Cichy, hipnotyczny pomruk skądinąd nieswojego komputera. Żółte, ciepłe światło lampy, pogrążające pokój w półmroku. Ćwierćmroku właściwie. Psa śpiącego pod stołem w najbardziej ufnej ze swoich postaci. Ciemność za oknem. Poprzetykaną drzewami. Wygodne, jedyne w swoim rodzaju krzesło. Spokój nocy. Smak powietrza. Inny. Lepszy. Cichszy. Szklankę herbaty z miodem. Zapach oswojonych od początku świata mebli. Cień uśmiechu kogoś, kto może pozwolić sobie na niemyślenie. Rytmiczny, spokojny odgłos uderzeń opuszków palców o klawiaturę.

Oczywiście ta błogość się skończy. I to rychło. Na razie jednak błogość trwa. I to trwa cudownie.

To dobrze czasem zatonąć w bezczasie, czuć jego spokojną i niespieszną falę wokół siebie. Wyjść z psem na spacer. Sięgnąć po kolejną książkę. Wziąć ciepły prysznic. Wejść na Chojnik, jak najwolniej stawiając kroki. To jest dobre. Czasem.

Pewnie za tydzień znów będę miał grafik rozplanowany do ostatniego kwadransa. Pewnie będę czerpał niewysłowioną i dziko niedźwiedzią radość z wszechstronnego pędu, w jaki się wpuszczę. Z przebywania z innymi ludźmi. Z czasu mierzonego zegarkiem, a nie sobą. Ale teraz raduję się bezczasem. I bezczynnością. I jest mi dobrze. Bo jak tkwi się poza czasem, okazuje się nagle, że ma się czas na wszystko.

Na przykład na odświeżenie dawno nieodwiedzanego bloga.

Misiek
00:31, bernardowo , O Miśku
Link Komentarze (1) »
wtorek, 08 stycznia 2008
Jožin z bažin
Całkowicie w klimacie Bernarda:]



Czólkiem!
Pat
17:30, bernardowo , O Pacie
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 stycznia 2008
najlepszy cover na świecie
Witam,

Maraz, marazm i jeszcze raz marazm. Nie wiem o czym pisać, nie tylko ja zresztą. Może nic się nie dzieje, a może zastój i nie wiadomo jak o tym, co się dzieje pisać. Dlatego też tak dużo tu ostatnio youtubeów, one mówią za mnie. Dlatego dziś zaprezentuję najlepszy wg mnie cover na świecie w wykonaniu niepokonanej Patti Smith. Nie będzie trudno odgadnąć kogo to. Poza tym genialne zdjecia jest tu tłem, takie, jak chciałbym robić.



Pozdrawiam,
Pat
14:20, bernardowo , O Pacie
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 grudnia 2007
Bajka mej młodości
Nie mogłem się powstrzymać:



Krowa i kurczak na prezydenta i pramiera!

Pat
22:33, bernardowo , O Pacie
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 grudnia 2007
Coś kontruktywnego
Nic się nie dzieje, to ja podam tu coś pięknego absolutnie i niezaprzeczalnie z mozliwością nauki.



Czołem!
Pat
00:12, bernardowo , O Pacie
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 listopada 2007
ładny Lull na wieczór


A bo to takie ładne jest:)

Pat
00:21, bernardowo , O Pacie
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 listopada 2007
Czarny chleb i czarna kawa

Jakoś dawno tu nie pisałem, ale to przez moje niedźwiedzie lenistwo. Wkrótce zaczynam sen zimowy, więc może będę tutaj wpadał częściej. Póki co szybka notka a'propos obecnych misiowych przemyśleń i działań.

Już 5 listopada, czyli pojutrze, w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego odbędzie się konferencja, którą będę pomagał organizować. Nie wiem, na jaki temat; będę tam bowiem tylko wskazywał drogę do toalet i wieszał płaszcze. Tym niemniej zapraszam.

7 listopada to - jak wszyscy wiemy - 90. rocznica Rewolucji Październikowej. Dlatego też kto żyw - na piwo! A trochę poważniej - wiele osób obchodzi wtedy urodziny, toteż chociaż intencja i pretekst daleko bardziej szczytna i wzniosła, niezmiennie, kto żyw - na piwo!

10 listopada jest dniem szczególnym, albowiem to sobota. W moim niedźwiedzim przekonaniu każda sobota jest szczególna, jako jedyny dzień, który znajduje się między piątkiem a niedzielą. Dodatkowo w tę konkterną sobotę na zamku Bolków odbędzie się koncert Triady Poetici, znanej z interpretacji poezji Jacka Kaczmarskiego. Wstęp wolny, ale ilość miejsc ograniczona. Więcej o Triadzie można przeczytać tutaj, zaś o Kaczmarskim tutaj.

13 listopad, godzina 20:00, klub Łykend we Wrocławiu - to z kolei rocznica działalności Wrocławskiego Salonu Jacka Kaczmarskiego, dlatego też kto się nie załapie na sobotni Bolków, może nadrobić we Wrocławiu. Polecam szczególnie misiowo.

15 listopad to czwartek - nic szczególnego nie będzie się działo.

Z innych refleksji; odkryłem źródło mojej oksymoronicznej natury. Jeśli rozwinąć skrót M.I.Ś., otrzymamy ni mniej, ni więcej, tylko Mrok I Światło, a więc połączenie skrajnych przeciwieństw. Takie małe pluszowe Yin-Yang. Jeśli pójść dalej tym tropem, to M.I.Ś. może oznaczać Miłość i Śmierć, a więc Eros i Tanatos - dwaj skrzydlaci bracia, dwie strony jednej monety, klasycznie sobie przeciwstawieni jako źródła dwóch największych sił rządzących wszechświatem. Takim rozumowaniem kierował się m.in. Jarosław Iwaszkiewicz, pisząc swoje opowiadania; jest więc Miś korelacją sił sprawczych. Inne rozwinięcie to Mleko I Śmietana, ale pod to nie dorobiłem już ideologii.

Poza tym wiedźmin jest fajny.

Misiek

14:42, bernardowo , O Miśku
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 października 2007
21 października - Ogólnopolski Dzień Krzyżyka
Witam,

Zdaję sobię sprawę, że to takie nie bernardowe, ale trza, trza. Niech nasz mały, drogi delfinek żyje tam, gdzie chce i tak jak chce. Niech zawsze będzie soba. Tak jak i my.



Pat
14:44, bernardowo
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 września 2007
Ogłoszenia Bernardowe
Witajcie,

Nowy Bernard już wkrótce, a teraz, w ramach zapowiedzi, utwór, który ma kolosalne znaczenie w tymże odcinku. Emocje aż się wylewają strumieniami z niego.



Pat
15:33, bernardowo , O Pacie
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 września 2007
Tara Fuki na deszcz
Witam serdecznie.

Wasz stary Pat robi się nudny, teraz będzie polecał muzyke. Muzykę nieśpieszną, inną, ciekawą. Idealną na tą pogodę. I jak zwykle nie napisze za wiele. Natomiast nadmieni, że odcinek nowy Bernarda ma się ku końcowi. I będzie to odcinek jakoby zbiorowy.



Pat
13:05, bernardowo , O Pacie
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 września 2007
A taki wierszofragmencik
Na dziś taki trochę już starawy utworek, ale co z tego. Taką mam dziś fantazję.

Fragmencik

Fragmencik
Patrzę
Nie widzę
Ale starczy

Fragmencikiem
Czuję
Za całość

Strach
Co by było
Gdyby całością

Pat
15:48, bernardowo , O Pacie
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 września 2007
bleeeee
Nie chce mi sięęęęęęęęę.

W związku z tą zaistniałą sytuacją, oto radosne i bardzo ciepłe wspomnienie.



Pat
22:07, bernardowo , O Pacie
Link Komentarze (1) »
Prywata Rysia, do którego mawiają ostatnio "Miśkuuu"
Wiem, że pewnie to nikogo nie obchodzi, ale co tam, napiszę sobie, ogłaszając wszem i wobec, że kocham Natalię :-)

Rysio z Klanu
22:02, bernardowo , O Rysiu
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 03 września 2007
Wpis po latach
O cholera, ale to dobre jest:

Tu polecam: http://gabakulka.mp3.wp.pl

Właśnie w Trójce słuchałem, a teraz co? Coma. Żyć nie umierać. Dzisiaj schodząc, schodzę szczęśliwy.

Pat
22:36, bernardowo , O Pacie
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 01 maja 2007
Dygresja, a co
Dawno się tutaj nie wpisywałem, ale spokojnie, nie zapomniałem, wręcz przeciwnie. Ale przygotowanie paru niecierpiących zwłoki tekstów, pracy z kultury języka, teorii literatury itp. skutecznie zajmuje mój czas. Ale żeby nie dać o sobie zapomnieć, z archiwum podrzucam jeden z moich starszych tekstów:

"CZŁOWIEK-SŁOŃCE"

Jak komuś słońce błyśnie w oczy,
Ten ktoś już słońcu nie podskoczy
I schowa się w jasności włościach,
Lub zacznie się bać tego gościa.
A jegomość ten, choć słonecznych,
Pięknych, lecz jakże niebezpiecznych,
Promieni swych sam nie powije,
To te przebłyski skądś odbije.
A gdy dokoła słońc na pęczki,
Gość się nie będzie zbytnio męczył,
Wybierze źródło najjaśniejsze,
Lub to, które najwygodniejsze.
I będzie on na tym korzystał
Mówiąc, że własnym światłem błyskał.
Prawdę ukryje za mgłą tłustą,
Że on nie słońce jest – lecz lustro.


Misiek
17:36, bernardowo , O Miśku
Link Dodaj komentarz »
sobota, 31 marca 2007
LEMoniada - stage setting
Jak już wspomniałem, młodzi wymogli na starych pewną mobilizację. Koniec pączków i osiadania na laurach. Trzeba było wziąć się do roboty, albowiem umiejętności niektórych już wtedy przewyższały nasze, a inni ciężko pracowali i szybko doganiali starą gwardię. O talencie nie mówiąc. No to wziąłem się do roboty, wyuczyłem tekstu, napisałem scenopis, skrzyknąłem potrzebnych mi aktorów, zaprezentowałem etiudę i byłem z siebie zadowolony. Jednak po pierwszej jej prezentacji na próbie w auli wyszło na jaw kilka miejsc, w których już wtedy miałem braki. Przede wszystkim zbyt dosłownie potraktowałem tekst, etiuda zbytnio do niego przystawała, nie dając miejsca na wyobraźnię. Jak na moje ówczesne możliwości była niezła; rytm, choreografia, jakieś tam szczątki emocji, o których nie miałem wtedy pojęcia… to wszystko gdzieś tam było. Ale wyobraźni scenicznej nie było za grosz. Teraz myślę, że gdyby nie ja, to ktoś inny popełniłby mój błąd dosłowności, ale to ja byłem pierwszy i to mój błąd dosłowności DeM wykorzystał, by innym polecić pójście w absolutny absurd. Każdy w inny.

Pamiętam, że trochę mnie ta dosłowność gryzła. Ale nie chciałem już jej zmieniać; wszystko było poprawnie i zostało zaakceptowane, więc czemu nie? Trzeba było jednak rozruszać trochę wyobraźnię sceniczną, do czego przyczyniła się jedna rzecz, która przy okazji wpłynęła na całokształt spektaklu i podniosła dramatycznie jego jakość. Otóż w tym czasie Teatr Cinema obchodził dziesięciolecie działalności, a z tej okazji spektakle, wystawy… i warsztaty teatralne. Pierwsze poważne, na jakich byłem, długie, dwudniowe, męczące, ale dające wiele. Czułem się po nich tak naładowany, jak nigdy wcześniej, i miałem wrażenie, że inni mieli to samo. „Wyciągasz telefon, patrzysz – mrówa!”. To było coś. Fascynujący prowadzący, wszyscy trzej, niesamowita rozwiązłość wyobrażeniowa, otwieranie się na siebie, nerwy, ale i satysfakcja. Dało to nam – i mi w szczególności – naprawdę wiele. A w każdym razie wystarczająco, bym mógł potem zrehabilitować wobec siebie samego moją dosłowność sceniczną, pomagając Pszczole pisać jej etiudę i wymyślając właściwie etiudę Agaty (a byłem wtedy w genialnej formie; pomysły przychodziły mi intuicyjnie i jeden po drugim). DeM akurat prowadził samochód, kiedy wymyśliłem ożywającego manekina, i przez tego ożywionego manekina o mało nie wjechał w drzewo.

Nie oznaczało to bynajmniej, że mogłem dorównać wyobraźnią sceniczną Magdzie czy Mateuszowi, którzy mieli za sobą liczne doświadczenia teatralne i których nie tylko warsztat, ale i świadomość sceniczna były o całe hektary większe od mojego skromnego poletka równie skromnej wyobraźni. Oj tak, poziom w zespole był zróżnicowany, ale chyba jednak wystarczająco równy, by stworzyć równy spektakl.

Na który trzeba było ostro pracować, to trzeba przyznać. Już sam fakt powstawania dwóch niezależnych choreografii wymagał kilkumiesięcznej pracy, a sam spektakl, czyli dwanaście etiud i dwa tańce, miał trwać około godziny (później się skrócił do czterdziestu minut, ale i tak był najdłuższym przedstawieniem Deus Ex Machiny). I w tym wszystkim ja, reszta starego składu, nowi, spośród których wykruszyły się mniej zainteresowane teatrem osoby i doszło do wykrystalizowania względnie stałej i spójnej ekipy. I to jakiej! Mateusz, który w tym czasie grał już w Bom-bażu i w Teatrze Dobrej Feng-Shui, Magda po doświadczeniach z Teatru Bez Nazwy z Mirska, Berenika i Marta, które partycypowały w powstającym wtedy z wolna Teatrze Ludowym Kopaniec, Natalia, tańcząca od dziecka (wszystkie z klasy humanistycznej, do której chodził też Filip), czasowo też Anna P., także z Bom-bażu, oraz Mikołaj, który był wprawdzie najstarszy wiekiem, ale pojawił się w teatrze tylko na jakiś czas, ale był to czas bardzo kontrowersyjny, bo i Mikołaj był kontrowersyjną postacią (jak każdy quir, który się z tym nie kryje…). Przy okazji – pomimo tego, iż generalnie staraliśmy się z Cebólem integrować z całą Deus Ex Machiną w jednakowy sposób – mimo wszystko rysowały się pewne dychotomie pomiędzy starym i nowym składem. Starzy do swoich etiud wybierali głównie starych; ich bowiem znali najlepiej; młodzi zaś, przeważnie z jednej klasy, polegali bardziej na innych młodych. Nie doszło wprawdzie do żadnych niesnasek, ale kilka z nich wisiało w powietrzu. Oczywiście nie podczas prób ani na scenie, ale gdzieś tam prywatne animozje wydawały się mimo wszystko kiełkować. DeM jakoś to opanowywał, nawet, jeśli z wielu nie zdawał sobie sprawy, to jego autorytet wciąż był silny. Ja natomiast – co pamiętam dobrze – koncentrowałem się na spektaklu jako takim i na żadne prywaty (nigdy wszak nie ujawnione) nie zwracałem uwagi.

A było nad czym pracować. O próbach na auli i w legginsach już mówiłem (Kuba zwany Ursusem, który nigdy nie należał do Deus Ex Machiny niemalże umarł ze śmiechu, gdy mnie w nich zobaczył), istotne jednak było ponowne wejście na deski Teatru Zdrojowego i pierwsze próby tam przeprowadzane. DeM wszystkie ćwiczenia artykulacyjne, rozluźniające, gimnastyczne i jakiekolwiek inne, które podpatrywał na PWST, od razu wykorzystywał w praktyce teatralnej, szlifując nasz warsztat na wszelkie możliwe sposoby. Przyznam, że bardzo mi tego teraz brakuje, bowiem nie wszystkie ćwiczenia pamiętam (oczywiście nigdy nie zapomnę nieśmiertelnego ołówka), a wiele one wbrew pozorom dawały. Chociaż wiele z tych prób zapadło mi w pamięć, a to ze względu na grypsy, które strzelał Filip i spółka, a to przez groźby ze strony DeMa, a to wreszcie dzięki niemal bezpruderyjnemu baraszkowaniu młodych Deusów po rekwizytorniach i garderobach. Teatralne szepty w stronę Cebóla: „Czy ty coś ćpałeś!?”, kiedy się wygłupiał, moja dość osobliwa interpretacja nasionka („To chyba nasienie baobabu…”), absolutnie absurdalne teksty i inspiracje („Też kocham Cranberries, ale to nie przejdzie”), Cebóla, który w swojej etiudzie wypychał na scenę, co tylko miał pod ręką, i pewnego dnia podczas próby wypchnął jakiś rekwizyt z kulis, będący małą, obudowaną zjeżdżalnią na kółkach. Zaczął przemawiać ze szczytów tej zjeżdżalni, gdy nagle zatrzęsła się ona, coś w niej zastukało i przez klapkę ukrytą u góry wyjrzała pozornie zdezorientowana głowa Filipa… Marta z Bereniką udawały konie. Kacper nie odmawiał sobie zabaw lalkami, a DeM się wściekał, jak nigdy, i groził, jak nigdy. Nie dało się jednak ukryć, że młodzi byli niczym żywioł, który wtargnął do teatru i niejako wywołał z niego prawdziwego ducha, prawdziwą magię sceniczną, coś niesamowicie fantastycznego, nieskrępowaną radość z bycia na scenie. Tak przynajmniej ja to czułem i gdzieś w środku byłem pewien, że i DeM jest tego świadom. Zresztą tak naprawdę to on rozbudził w nas tego ducha teatru, w starych aktorach szturchał go już od dawna. A u tych nowych, którzy go mieli, tylko go ukierunkowywał. W tym czasie żyło się tak naprawdę od próby do próby, wszystko inne przestawało się liczyć, pochłaniał nas nowy spektakl.

Zaczynał się niepozorne: na scenę wychodziła Magda, wykrzykiwała: „Dyktanda, czyli jak wujek Staszek uczył wówczas Michasia – dziś Michała – pisać bez błędów”. Po czym wszyscy wpadaliśmy na scenę i mówiliśmy to samo, każdy inaczej. I to była treść spektaklu podana w pigułce; jeśli komuś zależało tylko na niej, mógł z powodzeniem po tej pierwszej minucie wyjść z teatru. Dalej bowiem był już tylko absurd, czerpany zewsząd; to, co mówiliśmy, nie przystawało w ogóle do tego, co robiliśmy, a jeśli był w tym sens (a mimo wszystko w surrealizmie zawsze jest gdzieś sens), to był on jeszcze inny, podkład dźwiękowy stanowił co innego, kompozycja co innego… słowem wszystko do kupy sprawiało, że widz był porywany przez teatralne szaleństwo i bawił się z nami teatrem. Pierwszy spektakl, w którym śmierci w zasadzie nie było widać. Tylko teatr i jego siła.

Inspiracje były różne. Na plakacie (którego kopie rozwieszałem, gdzie mogłem, a jak ktoś zakleił, to odrywałem nowy plakat tak, żeby nasz był na wierzchu – tak to Deus Ex Machina zmusiła mnie do aktów wandalizmu) widniał napis: „Spektakl inspirowany ”Dyktandami” Stanisława Lema, muzyką Petera Gabriela, Toma Waitsa, U2, grą komputerową ”Neverhood””. Co mogło wyjść z takiego połączenia? Ano to. Absurd plastyczno-baletowo-improwizacyjno-etiudowo-komediowo-bajeczny, w którym Filip nosił chustki w nosie, udawał pijaka, mówił teksty typu: „Moja przyjaciółka powiada, że kiedy jem żur, wydaję tętent stada bawołów. Uważam, że nie ma racji.”. Magda była to manekinem, to rozbijała jajko na scenie, to eksplodowała osobowością sceniczną. Agata manekina z kolei ubierała. Ceból wygłaszał z mównicy bezgłośny wykład z gestykulacją partyjniaka, by po chwili zaprezentować traktat o podkuwaniu koni („Czerwone piórko wsadzamy sobie gdziekolwiek”), zaś duet Marta-Berenika był najbardziej teatralny, a jednocześnie prześmieszny. Forest z Jadzią udawały ryby, Natalia robiła z Filipa swojego konia, Pszczoła rozprawiała o owadach przy naszym asynchronicznym, gimnastycznym balecie, Mateusz przedstawiał z Anną P., a potem z Magdą absolutnie genialną etiudę, którą starannie przygotował, a która chyba zainspirowała DeMa do takiego, a nie innego początku ”Następnego” (który przy okazji wydawał się po trosze czerpać z etiudy Agaty, skoro już bawimy się w nawiązania), zaś Karolina łamała czwartą ścianę, zaczynając swoją etiudę z widowni. No i tańce, świetne choreograficznie, żywe, bez zbędnych powtórzeń, dobrze przeprowadzone i przećwiczone, w czym największa zasługa była Magdy Pszczoły i Pszczółki. Jeden do ”Growing Up” Petera Gabriela, drugi do ”Elevation” U2. Małgorzata Potoczak-Pełczyńska zauważyła podczas reportażu o nas dla „Nowin”, że inspirujemy się Teatrem Cinemą; co po części było prawdą, albowiem warsztaty u Cinemy wiele nam dały. Efekt końcowy zaś chyba przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. DeMa być może też. W każdym razie nie chciał już słyszeć o ”Rozmowie Harry’ego Pottera ze śmiercią”.

Zanim doszło w styczniu 2003 do premiery nowego spektaklu, trzeba było wymyślić jeszcze jedną rzecz: tytuł. DeM zastanawiał się nad nim w naszej klasie na którejś godzinie wychowawczej, sądząc poniekąd słusznie, że „Dyktanda” to zły pomysł. Musiał się on jednak kojarzyć z Lemem; wszak od niego się zaczęło. Paździoch jak zwykle rzucał pomysłami: „Palemba”, „GLemp” itp. Ktoś inny jednak – już nie pamiętam kto – zaproponował ”LEMoniadę” (właściwie Lemoniadę”). I się przyjęło.
01:26, bernardowo , O Miśku
Link Komentarze (2) »
wtorek, 20 marca 2007
LEMoniada - początek
Długo to trwało, ale to pewnie dlatego, że edytor wpisów wciąż mnie nie lubi, a poza tym sesja, zaliczenia, wojna z miliardem lektur i ogólnie szeroko pojęta gorączka studencka, na którą każdy zapada średnio dwa razy w roku, a której objawy są u mnie tym razem wyjątkowo dotkliwe.

Ale do rzeczy. Wpis o LEMoniadzie będzie podzielony na kilka części; jakoś tak się złożyło, że rozpisałem się ponad objętość notki. Także kolejne notatki bedę wrzucał stopniowo. No to jedziemy.

Jak napisałem ostatnio, w wakacje weszliśmy ze świadomością dobrze wykonanej roboty i przeświadczeniem, niekoniecznie prawdziwym, że robimy dobry teatr. Nieświadomi, że i ”Rozmowa Harry’ego Pottera ze śmiercią” i nawet ”Fatum” sporo jeszcze brakuje do tego, co mogliśmy nazwać dobrym teatrem i do jakości, jaką Deus Ex Machina miała sobą później reprezentować. Chociaż może jestem zbyt krytyczny i trochę przesadzam; oczywiście, że trochę przesadzam. Jak na początki, było nieźle, a cele, które przed sobą stawialiśmy, były realizowane. A to, że teraz, po obejrzeniu (i zagraniu) kilku późniejszych przedstawień, mam trochę bardziej wysublimowane pojęcie sztuki w ogóle i sztuki teatralnej w szczególności, to już chyba inna historia.

Jak już również wspomniałem, w okres wakacyjny weszliśmy pełni energii i w przeświadczeniu o wysokiej jakości Deus Ex Machiny. Każdy z nas dostał na zakończenie roku miniaturową lampę naftową, rekwizyt przypominający nam o naszych śmierdzących naftą początkach. Byliśmy zadowoleni, radośni, szczęśliwi, weseli i tak dalej. A przynajmniej tak było na początku; ale które zakończenie roku nie jest wesołe (tzn. było takie jedno, ale o tym później)? Natomiast przez wakacje każdy z nas – w mniejszym lub większym stopniu – zrewidował swoje poglądy na teatr, pomysły, wrażliwość i koncepcje artystyczne, jakże jeszcze nikłe i kulawe, ale już wewnętrznie spójne i względnie sensowne. A przynajmniej na tym poziomie, na którym byliśmy wtedy, poziomie, który zrazu przyszło nam zrewidować.

DeM pierwsze, co zrobił, to upewnił się, czy wszyscy członkowie grupy wyrażają chęć kontynuowania zabawy w teatr. Było to chyba w jakiś sposób dla niego ważne, mimo wszystko trochę się z nami zżył, byliśmy tą materią, którą mógł formować od podstaw i w której już zaczął pracę. I większość ochoczo chciała dalej robić teatr, a nawet znakomita większość… ale nie wszyscy. Tomek – jako się rzekło – miał maturę i zrezygnował z aktywnego uczestnictwa, pojawił się później jedynie na dwóch próbach w ramach dobrego ducha. Iwetta wyjechała kontynuować naukę w Niemczech i siłą rzeczy nie mogła dalej partycypować w Deus Ex Machinie. Basia natomiast opuściła zespół, gdyż nie do końca odpowiadał jej styl prowadzenia teatru, jaki uprawiał DeM. Niektórzy wtedy sądzili, że wynikły z tego pewne animozje między Basią a DeMem; osobiście uważam jednak, że to za duże słowo. Może się nie do końca rozumieli, ale osobiście nie dostrzegłem żadnej wrogości jawnej ani ukrytej, chociaż muszę przyznać, że jako członek Deus Ex Machiny i olimpijczyk pod kierunkiem DeMa mogłem pewnych rzeczy nie dostrzegać albo się nimi nie przejmować. W każdym razie Basia, Iwetta i Tomek byli pierwszymi, którzy opuścili zespół, robiąc tym samym miejsce dla innych.

Ale po kolei. Na samym początku pojawiła się koncepcja wystawienia czegoś na prozie Gogola, wysunięta przez panią J. Gdzieś po drodze wyszedł pomysł ”Hamleta” z panem G. w roli głównej. Na tym się jednak kończyły tymczasowe pomysły mieszania zespołu aktorskiego złożonego z uczniów z gronem pedagogicznym. Poza tym ani na jedno, ani na drugie DeM nie miał chyba specjalnego pomysłu aranżacyjnego, bo nie widać było w jego oczach tej iskry, jaka zapalała się zawsze, ilekroć robił coś, co mu pasowało inscenizacyjnie, kompozycyjnie, treściowo, jakościowo, holistycznie. Błysk ten pojawił się całkiem przypadkiem, na jakiejś radzie pedagogicznej, za sprawą jednej z polonistek, która przy okazji jakiegoś odczytu czy czegoś podobnego dała DeMowi do ręki niewielką książeczkę w pomarańczowej okładce, która okazała się być dyktandami autorstwa Stanisława Lema. Ale za to jakimi! Absolutnie odjechanymi, surrealistycznymi, absurdalnymi tekstami w zasadzie o niczym, ale za to z tak gargantuiczną, śmiertelną wręcz dawką humoru, że to aż niesłychane. Kwintesencja bezcelowego absurdu, nieskrępowanej radości pisania tekstu w celu li tylko użycia w nim jak największej ilości słów uważanych za kłopotliwe. Jazda na maksa. Po tej radzie pedagogicznej DeM pojawił się na lekcji z tą książeczką, mówiąc, że znalazł to, czego szukał.

Wiedzieliśmy już co, nie wiedzieliśmy – jak. I na to DeM znalazł sposób: zaczął bowiem zaoczne studia reżyserii teatrów młodzieżowych na wrocławskiej PWST, przez co zaczął wnikać w profesjonalne albo quasi-profesjonalne techniki reżyserskie, rzez co zrewidował swoje pojęcie o teatrze, wzbogacił je o mnóstwo nowych elementów, a wszystko, czego miał się nauczyć, rodziło w nim kolejne pomysły. Tyle więc na razie tytułem kwestii technicznych.

Pamiętam swoje przerażenie, jak przyszedłem na pierwszą próbę w kolejnym roku szkolnym; DeM powiadomił o niej wszystkie klasy, które uczył, a także dopilnował, by i inne klasy się dowiedziały. Dla ucznia trzeciej klasy, który po jednorocznej przerwie przywykł do luźnych i spokojnych korytarzy, napływ nowych pierwszych klas był porównywalny z zalaniem przez Morze Czerwone (jak się potem okazało, syndrom ciasnych korytarzy powtarzał się co roku, ale ze względu na reformę szkolnictwa odczuliśmy go dopiero w trzeciej klasie). I część tego morza wlała się na próbę. Było tam ponad trzydzieści osób, część z klas pierwszych, część z innych, a każda miała coś do powiedzenia. Nawet wtedy nie próbowałem zapamiętywać ich twarzy. Ogrom, dosłownie ogrom żywej masy, chcącej robić teatr. Bardzo chcącej.

Przedtem jednak nowi mieli przekonać się na własne oczy, co do tej pory ma na koncie Deus Ex Machina, doszło bowiem do wspominanego już przeze mnie wystawienia ”Fatum” w domu starców. W spektakl wrobił nas Pan Pedagog, ale poradziliśmy sobie całkiem nieźle, głównie ze względu na to, że nie zostaliśmy w ogóle przez staruszków zrozumiani. DeM zarzekał się, że nigdy więcej nie zagra nic na stołówce, później jednak całe wydarzenie przeszło do historii jako najbardziej karkołomny wyczyn Deus Ex Machiny. Był on również poligonem dla ludzi, którzy na potrzeby spektaklu zajęli miejsce Iwetty i Basi; ta pierwsza była tancerką, toteż zastąpiła ją inna tancerka – Natalia, na miejsce Basi weszła zaś Basia; obie z pierwszych klas. Im się podobało, reszcie obecnych wtedy w domu starców kandydatów też się jakoś tam podobało, także akces zgłaszali liczni. Wykruszyć się mieli dopiero później…

DeM nie miał bowiem pomysłu na odsiew, postawił więc na selekcję naturalną i postanowił robić swoje. Pamiętam, jak przy pierwszych próbach i przedstawianiu swoich koncepcji starzy członkowie Deus Ex Machiny czuli się doświadczonymi „starszymi kolegami”; panowało przekonanie, że skoro jesteśmy starsi, to siłą rzeczy będziemy bardziej doświadczeni. Nie do końca tak było, a wyszło to przy prezentacji swoich pomysłów na etiudy. Acha, słowo o koncepcji spektaklu. Teksty mieliśmy, resztę też mieliśmy sobie wymyślić. Ruch sceniczny, emocje, sposób wyrazu, muzykę, aktorów… każdy dobierał według swoich predyspozycji, pomysłów, wyobraźni. Każdy też miał być reżyserem własnej etiudy, oczywiście pod okiem DeMa. Rytm spektaklu był w założeniu budowany poprzez taniec, którego choreografią zajęły się Magda i Pszczoła. Przy okazji tańca do zespołu doszła też młodsza siostra Pszczoły, też Pszczoła (Pszczółka?). Część starych aktorek, po części ze względu na nawał pracy w szkole, po części z powodu braku czasu, a po części przez przerażenie dużą ilością młodych kandydatów, ograniczyło swoją rolę tylko do tańca. Pierwotnie miał on być przygotowany do muzyki Petera Gabriela z genialnej skądinąd płyty „Up”, ale to się po drodze zmieniło. Z początku mieli tańczyć wszyscy, DeM kazał nam kupić legginsy i przychodzić w nich na próby, co z Cebólem zrobiliśmy i sumiennie wciskaliśmy na siebie czarne obcisłe gacie, przez które było widać każdy mój włos na nogach… wtedy trzeba było się złamać i nie wszyscy na to poszli, ale teraz myślę, że to było dobre. Nie zatańczyliśmy jednak; moja koncepcja choreografii była niespecjalnie rozbudowana i mało atrakcyjna. Postawiono na masowy taniec dziewczyn. Reszta miała wyjść w praniu.
12:06, bernardowo , O Miśku
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 stycznia 2007
Muzyka w słowie
Witam serdecznie po długiej, ach, długiej nieobecności.

Powstało coś takiego ostatnio, co z kolegą nazywamy przewrotnie zespołem muzycznym (nazwa wciąż się wytwarza, obecnie pomiędzy dwoma wersjami), chociaż muzyki żadnej jeszcze nie wytworzył. Natomiast powstał pierwowzór tekstu pierwszej piosenki, bo przecie tekst równie ważny jest. Takoż spójrzcie i napiszcie dlaczego on taki do kubła na śmieci i co zrobić, by resuscytacja tegoż tekstu przebiegła pomyślnie.


Nadwrażliwa krowa

Wczoraj strzeliłem Ci krową prosto w twarz
Za tą Twoją destrukcyjną dobroć masz
Naleśniki na podłodze dogorywują
Swoim śmiechem duszę trują

ref.
Spadochron, spadochron,
Otwórz spadochron,
Podłoga otwiera się,
Skaczę
Życiochron!

Stroboskop mryga, życie kizia lub w mordę wali
No i, cholera, za mało mam szlachetnych metali
Ta krowa jest nadwrażliwa, strzela maślanka
Pokój do frakcjonowania osocza zamknięty, pusta kanka

ref.
Spadochron, spadochron,
Otwórz spadochron,
Podłoga otwiera się,
Skaczę
Życiochron!

Nie ma tu psa w kiełbasie
Mój umysł tam się pasie
Gdzie chłodno jest i cisza
Kadr nudny, zmarnowana klisza

Dobra Wam na nowy rok życzę.

Pat

23:05, bernardowo , O Pacie
Link Komentarze (3) »
czwartek, 28 grudnia 2006
Rozmowa Harry`ego Pottera ze śmiercią
Dygresja: edytor tekstu ciągle jest mi nieprzyjazny...

Ale ad rem. Jak pisałem kilka dni temu, początki były emocjonujące i pouczające, chociaż daleko im było do tej jakości, jaką później prezentowała Deus Ex Machina i pochodne. Ceból jednak zapowiedział w "Nowinach" podczas pamiętnego wywiadu po wystawieniu "Fatum" w teatrze Norwida, iż będziemy się brać za komedię. Plan był taki: raz tragedia, raz komedia, itd. No i się zaczęło.

Z początku nie zamierzałem zostawać z Deus Ex Machiną. Moim priorytetem była olimpiada polonistyczna i na niej się koncentrowałem, odpuszczając sobie próby, na których DeM kreślił zawzięcie założenia nowego spektaklu. Oczywiście byłem z nimi na bieżąco, stąd wiedziałem, co będzie grane. Że wzorowane na "Opisie obyczajów" Grabowskiego za Kitowiczem, że walka Kacpra ze smokiem, że średniowiecze i że na wesoło. Mając wtedy inne priorytety, niespecjalnie byłem tym zaabsorbowany, jednak ciekawość i głód aktorski nie pozwalał mi o tym wszystkim zapomnieć. Wszak pojawiłem się na jednej z prób, w samą porę, by otrzymać egzemplarz scenariusza.

DeM miał szczwany zamysł, który na tamtym etapie był chyba najlepszą rzeczą, jaką mógł wprowadzić. Każdy bowiem miał zagrać postać o charakterze skrajnie odmiennym od tego, który prezentował na codzień. A więc czekała nas próba aktorska; wprawdzie jeszcze nie wiedzieliśmy nic o emocjach i o wielu scenicznych zagraniach, ale tego mieliśmy się dopiero nauczyć. Wszak Bunia załatwiła DeMowi próby i spotkania na prawdziwej scenie, w Teatrze Zdrojowym.

Przedtem jednak powstał pierwszy nieoficjalny projekt Deus Ex Machiny. Karolina i Ziółko, zachęcone sukcesem "Fatum" i pełne szalonych pomysłów, postanowiły zrealizować własny, niezależny od DeMa pomysł parateatralny. Otóż w tych latach odbywały się w Norwidzie co roku tygodnie kultury humanistycznej, podczas których były konkursy, mini playback showy, występy, prezentacje, galerie itp., słowem: działo się wszystko. W tym wszystkim był również konkurs na czytanie listów Norwida; konkurs tyleż absurdalny, co mało sensowny i dziwny. Jego dziwność dostrzegły od razu Karolina i Ziółko, które skrzyknęły kilka osób z Deus Ex Machiny i wspólnie napisały program, a raczej scenariusz czytania listów według klasy 2D. Całość osadzała się na pomyśle zjazdu absolwentów po kilkudziesięciu latach, podczas którego listy te miały być czytane. Ceból przy swoich gabarytach grał DeMa, inni jego byłch uczniów. Widziałem scenariusz przed próbami i wystawieniem: to był czysty, solidny surrealizm, absurd w niemalże każdym calu, lepszy miejscami od Monty Pythona (rzucanie surowym kurczakiem w publicznosć), za to mocno osadzony w realiach szkolnych ("Audiotele: kto zmusił nas do tego spektaklu: a) Gustlik, b) Szarik, c) Ryszard 'DeM' G....?") i absolutnie szokujący. DeM dowiedział się o całym projekcie dopiero w chwili wystawienia i był eufemistycznie mówiąc zszokowany. Dziewczyny zaś pokazały, że jeśli chodzi o komedie, to czują bluesa. I widział DeM, że to było dobre.

Jak już wspomniałem, w projekt "Średniowiecza na wesoło" (bo taki był roboczy tytuł) zaangażowałem się nie od razu, ale wystarczająco wcześnie, by niczego nie stracić. Na pierwszej próbie dostałem do ręki scenariusz. Na drugiej miałem już rolę. Na trzeciej już nawet do głowy by mi nie przyszło, żeby odpuścić sobie Deus Ex Machinę. Bakcyl się rozrósł i dawał o sobie znać, głód sceny wzrastał i tylko scena mogła go zapsokoić. Tym bardziej, że wreszcie mieliśmy do dyspozycji scenę z prawdziwego zdarzenia. O Teatrze Zdrojowym można mówić wiele, ale nie da się, po prostu nie da się ukryć faktu, że była to jedna z najlepszych scen, na jakich zdarzyło mi się grać i jakie mogłem oglądać. Lekko pochylona, czarna, z głębokimi kulisami pełnymi najprzeróżniejszych cudów. Chociaż DeM się iryotwał i wściekał, chciał wyrzucać z teatru, ze szkoły i w ogóle zabijać, zdarzało nam się myszkować po kulisach, rekwizytorniach i podziemiach, anektować garderoby i tak dalej. Chociaż my jeszcze robiliśmy to ostrożnie i delikatnie, z ogromnym szacunkiem i pietyzmem sięgając po cokolwiek, co było pod ręką; średni rocznik Deus Ex Machiny już tych skrupułów nie miał. Ale to inna historia. Teatr Zdrojowy był ogromnym szczęściem, które nas - jako zespół - spotkało. Był także niesamowitą nobilitacją, bowiem po występie na scenie studyjnej teatru Norwida czuliśmy, iż krokiem naprzód może być tylko posiadanie własnego, profesjonalnego miejsca na próby i spektakle. Dzisiaj wiem, że miejsce jest sprawą drugorzędną i jeśli tylko spełnia najbardziej podstawowe warunki, można w nim próbować, jednak wtedy to było coś. Teraz to też jest coś; wszak jako się rzekło, scena w Zdrojowym jest jedną z lepszych, jakie widziałem.

Co zaś z samym spektaklem? Za dużo było we mnie entuzjazmu, za dużo było w nas głodu sceny, żebyśmy mogli spojrzeć nań krytycznie. DeM komenderował nami w zasadzie bez sprzeciwu, my tylko wchodziliśmy w szczegóły, rekwizyty i takie tam. Chociaż nie, czsami Basia miała inny pogląd na to i owo, było kilka różnic zdań. Ale poza tym tworzywo w rękach uczącego się mistrza. Mistrza, majacego kupę pomysłów, i to różnych, na czele z najbardziej kontrowersyjnym, a więc wprowadzeniem Harry'ego Pottera na scenę.

Pamiętam, jak Forest i Jadzia chciały przefarbować na czarno Filipa, żeby się nadawał. Pamiętam też, jak pierwszy raz miałem grać pijanego (wtedy jeszcze specjalnie nie piłem, nie wiedziałem, jak to jest być zawianym), a Ceból mial być świętym. Filipowi dostała się rola Rolanda, która mimo wszystko do niego pasowała, bo był ewidentnie bojowy i zapalczywy. Nigdy się tak nie uśmiałem, jak wtedy, gdy podczas próby WALIŁ DURENDALEM CO SIŁ... i go złamał... Pszczoła robiła za... pszczołę, a właściwie osę, oraz Oliwiera, i tylko uciekała przed Filipem, jak w tej swojej zapalczywości machał mieczem po całej scenie. Pamiętam, jak Basia grała Polikarpa, chyba najlepiej - pomimo różnic zdań - wypełniając zamysł DeMa; była w swojej karykaturalnej roli absolutnie genialna. Ania, która grała śmierć, występowała bardzo skromnie ubrana, i na którejś z prób na scenę wpadł Bobek i zaczął ją zakrywać i zasłaniać... mnie z kolei, poza rolą pijaka, przypadła rola erotomana, a więc Dantego, DeM zaś grał Wergiliusza i nie mógł sobie odmówić przyjemności nazwania Buni "duchem ze skarbów poznania wyzutym", ja zaś wystąpiłem w mojej czarnej pelerynce i laurowym liściu na skroniach, sugerując się większością dostępnych mi podobizn Dantego, na których liść ten nosił. Podobała mi się praca nad tym spektaklem, gdyż po raz pierwszy o wszystko na tej scenie musieliśmy zadbać sami; od rekwizytów, poprzez kostiumy na scenografii kończąc. No i oczywiście grać, a staraliśmy się ze wszystkich wtedy jeszcze miernych sił grać dobrze.

Dygresja, a zarazem nawiązanie do "Fatum": DeM na potrzeby korowodu ku pamięci Bema wypożyczył z teatru peleryny, które w międzyczasie grały u Hanuszkiewicza w "Kordianie". Tych było jednak za mało, więc każdy, kto mógł, szył i kombinował płaszcze etc. Działo się to jeszcze przed moim wejściem do zespołu, i tak trwało, a ja nie zwracałem na to uwagi; wszak miałem swój prochowiec Mickiewicza, własny, głęboki kaptur (który zagrał ze mną w Toszku przy okazji jakiegoś fanfilmu, nawiasem mówiąc) i ogólnie mogłem w pochodzie iść. Ale miałem na zapleczu jeszcze jedną czarną pelerynkę, jeszcze z czasów podstawówkowych balów przebierańców, do posiadania której przyznałem się w pewnym momencie DeMowi. Po raz pierwszy powiedział mi wtedy, że mnie zabije ("Ja tutaj wyszarpuję z teatru każdą nadającą się szmatę, a ty w domu gotowe peleryny kitrasz?"). W drugiej klasie liceum groził mi śmiercią siedmiokrotnie, a ja każdą taką groźbę skrzętnie notowałem. Ale to inny temat. Koniec dygresji.

Co do samego Harry'ego Pottera, to do dzisiaj nie wiem, czy był to pomysł DeMa, czy ktoś mu go podsunął. Podejrzewałem jakiś czas Wally'ego, który usiłował sprzedać nam pomysł grania Harry'ego jeszcze w pierwszej klasie, podczas tygodnia kultury angielskiej, ale to chyba nie to. W każdym razie rola Pottera przypadła Tomkowi, który dołączył do ekipy na potrzeby tego tylko jednego spektaklu, ale bardzo nas polubił i często nam kibicował. Był rok starszy, więc potem matura i inne podobne sprawy bardziej zaprzątnęły mu głowę. W trakcie prac nad "Rozmową..." był jednak z nami, a z kilkoma z nas, w tym i ze mną, się zakumplował na dłużej. Dawno go nie widziałem, swoją drogą...

Co jednak wspominam najlepiej z całego tego spektaklu? Walkę Kacpra ze smokiem. To było absolutnie komiczne, fenomenalne i wspaniałe: z jednej strony Kacper, wtedy jeszcze o gabarytach zapaśnika, groźnej minie i swoim wzroście, z drugiej... malutki, pluszowy smok, którego ciężko było nawet porządnie usadzić na scenie. No i ci dwaj walczyli, niby na ringu bokserskim. Teraz jak sobie to przypominam, mam nieodparte wrażenie, że scena ta była pierwowzorem walki Igora i Bartka z "Przemiany", podobieństwa są bowiem uderzające.

"Rozmowę Harry'ego Pottera ze śmiercią" wystawiliśmy tylko raz, przy okazji rozdania świadectw maturalnych klasom czwartym. Co pamiętam z samego spektaklu? W sumie niewiele, poza tym, że starałem się, jak mogłem, że trema znów dawała się we znaki, że było dużo salw śmiechu na sali, czasem oklaski. Męska część widowni huczała na widok Iwetty, cała widownia, a przede wszystkim część żeńska, na widok DeMa w samym tylko prześcieradle. "Carmina Burana" zagrała, jak miała zagrać, poprosiliśmy też obsługę techniczną teatru, żeby zostawiła na scenie sztuczne drzewa z poprzedniego spektaklu. W ogóle ekipa traktowała nas jako mało poważne dzieciątka bawiące się w teatr, o czym tak lubiany przez wszystkich pan Mareczek powiedział mi jakiś czas temu. Wtedy jednak nawet tego nie zauważyliśmy. Liczył się spektakl. Osobiście czułem się nieźle w dialogu, chociaż teraz jak na to patrzę, to wyszło nad wyraz miernie: miałem grać Dantego obłapiającego Beatrycze, a wyglądałem jak amator sztuki podziwiający ręce Venus z Milo. Teraz już oczywiście wiem, co wtedy nie zagrało, a co zagrało zamiast tego: nie było konkretnych emocji, był natomiast opór przed zbyt odważnym obłapianiem; pozwoliłem więc Magdzie (która okazała się być moją bliźniaczką jakiś czas wcześniej) poprowadzić tę scenę i w zasadzie należała ona do niej. Ja byłem tylko dodatkiem, co się chyba jednak nie sprawdziło.

W ogóle spektakl, chociaż rozbawił publiczność do łez, niektórzy uznali za kiepściutki, zwracając uwagę tylko na te smaczniejze fragmenty, jak występ Basi, Filipa, DeM w prześcieradle czy fenomenalną walkę Kacpra. Zauważono też oczywisty anachronizm; na rozdaniu świadectw lwia część widowni była już po maturze z polskiego, a my zaserwowaliśmy jej powtórkę ze średniowiecza. Sama Deus Ex Machina traktowała "Rozmowę Harry'ego Pottera ze śmiercią" - i chyba w świadomości jej członków nadal jest ona tak zapisana - trochę jak niechciane dziecko; nie braliśmy jej nigdy pod uwagę, gdy mieliśmy jechać na jakiś przegląd (w planach był wtedy wypad w czerwcu na festiwal w Sejnach, ale nie wypaliło), niewiele pomysłów też przeszło z niej do późniejszych przedstawień. Pierwszym spektaklem w kolejnym sezonie, jaki zagraliśmy, było opisywane przeze mnie wcześniej "Fatum" w domu starców. "Rozmowę..." zagraliśmy raz i była to najrzadziej grana sztuka w historii Deus Ex Machiny. Jakościowo też nie zachwycała, ale nauczyła nas wiele w kwestii pewnych aspektów technicznych, które wprawdzie można było wprowadzić podczas pracy nad naprawdę dobrym spektaklem, ale wtedy dopiero uczyliśmy się teatru, DeM też. W rzeczy samej spektakl ten był nam i DeMowi potrzebny, pozwolił bowiem na przetrzepanie technik aktorskich pod katem jakości i - mimo wszystko - na rozwój sceniczny. Teraz widzę, że rozwój ten w moim przypadku nie poszedł tak, jak bym sobie tego życzył, ale wtedy byłem bardzo zadowolony z postępów i przez całe wakacje czekałem na kolejny sezon i kolejne spektakle do zagrania.

Misiek
01:21, bernardowo , O Miśku
Link Komentarze (1) »
niedziela, 24 grudnia 2006
Fatum, czyli czemu Cieniu odjeżdżasz...
Na początek dygresja: kto u licha bawił się edytorem wpisów i usunął domyślne akapity??

Druga dygresja: mój telefon znów miał amnezję. Ma ktoś numer do Poli?

Dobra, a teraz do rzeczy.
Nigdy chyba nie mówiłem, jak wyglądał mój pierwszy kontakt z Deus Ex Machiną. Generalnie rzecz biorąc dominuje przeświadczenie, że byłem z nią od początku i właściwie do końca. To nie jest do końca prawda; a raczej jest, ale tylko z pewnego punktu widzenia. Byłem tam bowiem, kiedy powstawała Deus Ex Machina, kiedy pracowaliśmy nad pierwszym jej spektaklem, kiedy rodziła się legenda. Ale wcześniej w zasadzie nie chciałem nawet słyszeć o teatrze, a przynajmniej nie brałem w ogóle pod uwagę, że mógłbym wziąć udział w jakimkolwiek scenicznym przedsięwzięciu. To był absurd; kim innym była dla mnie Forest czy Ceból, wielokrotnie i nagminnie pojawiający się przed publicznością, mówiąca bardzo wyraźnie Karolina czy ambitna Ania. Zresztą pierwsze próby teatralne w Norwidzie pod kierunkiem DeMa były - nie wstydźmy się tego powiedzieć - żenujące. "Lilie" w wykonaniu teatrzyku szkolnego, będącego w zasadzie zbieraniną przypadkowych ludzi, takich, jak Johnny, który dowiedział się, że gra, na minutę przed przedstawieniem, i w ostentacyjny i w ogóle nieprzemyślany sposób ratował się, czytając swoją kwestię z kartki... te "Lilie" były kompletną amatorszczyzną, wesołą, bo i aktorzy, i publiczność, świetnie się bawili (nawet, jeśli byli przebijani sztyletem, jak Ceból), jednak spektakl wiał amatorszczyzną. Nikt zresztą później - ani występujący, ani publika, ani nawet DeM - nie traktował tego wybryku poważnie. Raczej w kategoriach etiud, jak późniejsi staruszkowie czy "Mucha".

Pamiętam, jak dzisiaj, że uśmiewałem się do łez na "Liliach", jednak stwierdziłem, że mnie podobna aktywność nie interesuje. zwłaszcza, że chciałem się poświęcić już wtedy pisaniu olimpiady polonistycznej pod okiem DeMa. Działalność teatralana ani mi była w głowie. Tym bardziej zdziwiło mnie, gdy przyszedł do mnie Ceból z propozycją od DeMa, żebym wziął udział w kolejnym spektaklu, jako osoba rzekomo podobna do Adama Mickiewicza. Miałem opory. Miałem cholernie duże opory. Gdzieś podczas rozmowy z Pszczołą u Bączka dałęm im zresztą wyraz, powątpiewając w swoje zdolności aktorskie i w jakąkolwiek przydatność sceniczną. Zresztą Henio jeszcze w podstawówce mówił mi, że mówcą to ja nigdy nie będę. Po części miał rację...

Ceból i Pszczoła mnie jednak namówili. Wszak nie miałem robić nic innego, jak tylko grać ciałem, być Mickiewiczem na scenie. Potem jednak dostałem tekst do mówienia; wzbraniałem się, jak mogłem, mówiąc, że mam wadę wymowy, że nie wiem, jak grać, że nigdy nie recytowałem niczego... DeM wszystkie moje argumenty zbijał i musiałem się zgodzić. Kiedy teraz o tym myślę, trochę śmiać mi się chce z samego siebie; jakiż ja wtedy byłem zamknięty i niepewny siebie! Jakiż naiwny i prymitywny! DeM tak naprawdę bez najmniejszego problemu skaptował mnie do tego swojego projektu, czemu nie należy się dziwić; każdy, kto miał z nim do czynienia, wie o ogromnej charyzmie i wyczuciu artystycznym tego człowieka. Potrafił zauroczyć teatrem, nawet na tym najniższym poziomie.

Starałem się jednak, jak mogłem; pamiętam, że z wielkim przejęciem uczyłem się roli i z równie wielkim oddaniem starałem się grać. Podobała mi się również atmosfera w grupie, która złożyła się - całkiem przypadkowo - z ludzi nie tylko interesujących, ale i pozytywnych w jak najszerszym tego słowa znaczeniu (no, prawie najszerszym...). Tam się po prostu pracowało dobrze, żyło dobrze, grało dobrze. Dopiero dzisiaj, kiedy mam za sobą początki działalności w innych teatrach, widzę, jak niepowtarzalny był tamten klimat. Jak niepowtarzalnym był tamten zespół. A wszystko tak naprawdę dzięki DeMowi; to on zmusił nie tylko mnie, ale i nas wszystkich do grania, zgwałcił przez uszy i niemal przemocą kazał wyjść na scenę. I za to mu dziękuję.

Pierwszy spektakl był chyba jedyny w swoim rodzaju. Starałem się nie srać w gacie ze strachu, co jakoś się tam udawało; zawsze byłem opanowany. Wiele pomógł widok samego DeMa, który - o ile to w ogóle możliwe - srał w gacie jeszcze bardziej, niż ja. Kacpra, który panikował i zapominał marynarki. Dziewczyn, stremowanych jak głupie. Pamiętam z tego wszystkiego głównie obrazy. Ceból w tandetnej, czarnej peruce, ledwo przykrywającej długie wtedy blond włosy. Tysiąc świeczek prowadzących od drzwi do Norwida aż pod salę 106. Smród nafty, od której prawie się podusiliśmy. Dominik, siedzący przy ścianie, usiłując puszczać muzykę do spektaklu, którego nigdy jeszcze nie widział. Asia, notorycznie obcinająca końcówkę swojego tekstu. A w tym wszystkim ja, w długim, czarnym płaszczu, cieszący się w duchu z tego, że tysiące świeczek są jedynym oświetleniem, i nikomu spośród nas nie widać twarzy... A po wszystkim radość z dobrze odegranego spektaklu i nieskładne ukłony, następnie rozmowa z Cinkowskim, Dudzikiem i Grondowym, którzy zostali zaproszeni na przedstawienie i którzy kulturalnie i z uśmiechem, ale zjechali to, co robiliśmy. Nie zauważyliśmy tego. Czuliśmy się najlepsi na świecie. Teraz, kiedy o tym myślę, chce mi się śmiać jeszcze bardziej, niż z "Lilii". Grondowy i spółka nigdy później nie przyszli na nasze spektakle, a przynajmniej nie za moich czasów. Ale takie były początki, pierwsze kroki, które stawialiśmy i my, i DeM, na tej jakże długiej i wspaniałej drodze.

Ale, ale... a'propos początków. Dopiero, kiedy mieliśmy wystawiać naszą jakże żmudnie przygotowywaną sztukę, pojawił się problem, a właściwie dwa problemy: kwestia tytułu i nazwa teatru. Pamiętam, że nie brałem specjalnie ożywionego udziału w dyskusji nad tym drugim, miałem nieodparte wrażenie, iż pomogę tylko DeMowi w tym projekcie, a potem zajmę się sobą. Projekt jednak trzeba było zatytułować. Skoro to był spektakl o Norwidzie i jego listach, poezji etc., szukaliśmy inspiracji w swoich tekstach. Wymyśliłem wtedy "Ostatnie dni Norwida", za jedną z piosenek Kaczmarskiego. Nie przeszło. Każdy rzucał tym, co mu się wydawało najmocniejsze w jego kwestii; teraz myślę, że to było dobre, zmusiło nas do zastanowienia się, o czym tak naprawdę będziemy mówić na scenie (czy tam korytarzu...). Asia rzuciła cytatem ze swojego tekstu: "Rżną się przez wieki...". W powszechnym wybuchu śmiechu Magda uzupełniła o fragment swojego: "Rżną się przez wieki, czyli czy Człowiek zboczy?". DeM się nie zgodził. Norwid nie był erotomanem. Ani pornografem. Wreszcie Basia rzuciła swoim fragmentem: "Czemu Cieniu odjeżdżasz...?". Spodobało się, ale za długie. Nie chcieliśmy jednak zrezygnować, bo tytuł był mocny. Wreszcie Magda podrzuciła swój tytuł, jakże żywo kojarzący się z Norwidem: "Fatum". Przyjęło się. Tak więc "Fatum, czyli czemu Cieniu odjeżdżasz..." było pierwszym spektaklem... no właśnie, czyim? Nie pamiętam juz dokładnie dyskusji nad nazwą; wiem, że żadna propozycja nie była wystarczająco dobra. Przypominam sobie jednak, że burza mózgów była krótka; w pewnej chwili Asia rzuciła od niechcenia: Deus Ex Machina. To, co nienazwane, nie istnieje, dlatego Asia nazywając to, co nienazwane, dała temu czemuś początek. Zaczęła dzieje legendy. Ciekaw jestem, czy zdaje sobie z tego sprawę...

Jaki był nasz pierwszy spektakl? Jak już wpsomniałem, wtedy wydawał się nam genialny. Dzisiaj wydaje się śmieszny, a co najgorsze, mało teatralny. Początki jednak zawsze pozostają początkami, a DeM zdawał sobie z tego sprawę, i to zresztą całkiem nieźle. Od czegoś trzeba było zacząć. Dlaczego więc teatr ze szkoły im. Norwida nie miał zacząć od Norwida? Bunia była zadowolona, dzieciaki były zadowolone, DeM był usatysfakcjonowany, chociaż wiedział doskonale, że przed Deus Ex Machiną jeszcze daleka droga... "Fatum" nakreśliło jednak pewien typ przekazu, swoistą specyfikę teatru, jaki chciał uprawiać DeM i jego grupa. Przede wszystkim postawiono na klimat. Muzyka, zebrana z kilkunastu płyt relaksacyjnych, ścieżek dźwiękowych, albumów alternatywnych i nagrań progresywnych, była jednocześnie inna i taka sama, jak podkłady pod kolejne spektakle. Nie zabijała mocą, ale idealnie ilustrowała sytuację sceniczną. Nie zamiatała widzów patosem, ale wgniatała w podłogę multiplikacją przekazu. To był pierwszy majstersztyk DeMa; do tej pory w swoich licznych muzykalnych wojażach odnajduję co czas jakiś muzykę z tego spektaklu, i to podpisaną nazwiskiem wykonawcy, którego bym wcale o nią nie podejrzewał... tak, muzyka była dobra. Warto też nadmienić, że leciała od początku, jeszcze zanim widzowie usiedli na widowni; niby prozaiczny dziś środek budowania atmosfery, ale wtedy był względnie nowatorski i niesamowicie skuteczny. Za klimat odpowiadały też świeczki i wykorzystanie do maksimum możliwości, jakie dawały miejsca, w któych spektakl był grany; w zasadzie nie wiadomo było, skąd i którędy wyjdzie następny podmiot liryczny Norwida, i co będzie mówił. Tak, technicznie spektakl był skonstruowany poprawnie, chociaż brakowało mu wzrostu napięcia, a aktorstwo członków Deus Ex Machiny dopiero zaczynało kiełkować... to miało się zmieniać w miarę rozwoju teatru. Drugą sprawą zaś była tematyka: spektakl był o Norwidzie, ale jednak podszyto go czymś więcej; ponadto większość tekstów zahaczała o tematykę śmierci. Tak. Kiedyś Kornaśka powiedziała, że Deus Ex Machina znaczy Śmierć. Wielu się na nią oburzyło, ale miała rację; tematyka śmierci była obecna w tej grupie od początku, z nielicznymi tylko wyjątkami. Widocznie o tym chcieliśmy mówić.

Kolejne inscenizacje "Fatum" pamiętam lepiej, być może dlatego, że trema przestawała mnie zjadać, a może po części też z powodu otoczenia i publiczności; drugą z nich zagraliśmy na scenie studyjnej teatru Norwida. Mówiono wtedy, że dzieciaki ze szkoły Norwida będą grać w teatrze Norwida spektakl o Norwidzie, i w tej pannorwidowskiej atmosferze spektakl ten zagraliśmy. Były zmiany; ja siedziałem na scenie od początku, mieliśmy lepsze światła (którymi Kacper nie omieszkał się pobawić), wejście na tyły teatru (wtedy było to dla nas, a przynajmniej dla mnie, wielkie przeżycie), a do obsady dołączył ściągnięty przez DeMa z Rzemiosł Filip, który uratował napięcie w spektaklu. Pamiętam to dobrze; w tych profesjonalnych warunkach czułem się świetnie, magia sceny działała na mnie chyba po raz pierwszy i po raz pierwszy poczułem, że robię na niej coś, co jest moje. Tylko moje i aż moje. Że tworzę całym sobą, sam jestem tworzywem, ale i scena wokół mnie nim jest, współaktorzy, reżyser, światło, dźwięk... wtedy też zdałem sobie sprawę, jak duża jest tak naprawdę scena studyjna. Pamiętam temperament Filipa, wszelkie zabiegi techniczne z tylnimi drzwiami, wywiad Cebóla i Kasi dla "Nowin", Tadka, Lecha i Ziółko jako szatniarzy i pierwsze próby otwarcia się podczas wygłupów na korytarzu. Ostatnie wystawienie "Fatum" odbyło się natomiast już w kolejnym sezonie i było chyba najbardziej karkołomne; gromada melancholijnych dziadków na stołówce, a w środku my, grający spektakl o śmierci. W ogóle próby do tego występu były nie z tej ziemi; paradoks sytuacji był tak niesamowicie komiczny, że kto tam był, ten pamięta: wieczorna próba, aula, a ja leżę na podłodze ze śmiechu, gdy Asia proponuje zrobić to na wesoło. Inne próby zapamiętałem tylko i wyłącznie dlatego, że miałem nogę w gipsie i chodziłem z nią, jak ostatni paralityk, a DeM przerywał próby, by wszyscy mogli się wyśmiać, gdy tylko musiałem klęknąć... To było jednak dobre. Przy ostatnim wystawieniu naszej pierwszej sztuki rozwinęliśmy się; i chociaż odeszły od nas wtedy Basia i Iwetta, zastąpiły je inna Basia i Natalia, które jako pierwsze w nowym sezonie weszły w skład Deus Ex Machiny, zwiastując przyjście tzw. pokolenia Salsamentum. Ale to inny temat... ważne, że staruszkom się podobało, chociaż nic nie zrozumieli. To kolejny wyznacznik charakteru naszych spektakli; były niezrozumiałe dla przeciętnego zjadacza chleba. Ale DeM powiedział kiedyś, że robi teatr dla inteligentnych ludzi, i wszyscy z ochotą się pod tym podpisaliśmy. Gorzej, gdy niektórzy sami nie rozumieli, w czym grają... w przypadku "Fatum" nam to jednak nie groziło. Jeśli zaś o mnie chodzi, to uważam, że spektakl ten zajmuje szczególne miejsce tak w dorobku moim, jak i Deus Ex Machiny. Był bowiem pierwszy i będąc pierwszym był naprawdę, naprawdę niezły. Chociaż wciąż był teatrem typowo szkolnym, niestety, ze wszelkimi tego konsekwencjami.

Cóż więcej mogę rzec? Tak startowała Deus Ex Machina. Tak startowałem ja na scenie. Wtedy mi się podobało, traktowałem to jako interesującą przygodę. Połknąłem bakcyla. Zdobyłem uznanie Mateusza, który w tym okresie był już aktorem Bom-bażu, a który miał potem wejść w skład Deus Ex Machiny. Ceból się rozegrał i lawirował wśród ludzi, oddychajac teatrem. Reszta ekipy też wiele się nauczyła na tym spektaklu, teraz jak o tym myślę, to uważam, że zrobiliśmy ogromne postępy, chociaż po prawdzie z teatrem typowo teatralnym nie miało to wiele wspólnego. Zniechęciliśmy do siebie wprawdzie poważnych aktorów i poważną krytykę, ale początki bywają kulawe. Moim zdaniem było nieźle. Jak na ówczesne czasy i ówczesnych nas - naprawdę nieźle.

Misiek
01:13, bernardowo , O Miśku
Link Komentarze (1) »
środa, 20 grudnia 2006
Skąd Ty tu spadłeś?
Nie, nie z choinki, a z Deus Ex Machiny. Niby historia teatru jest na blogu Miśka, niby wszystko tam zostało powiedziane, a jednak nie. Marta M. (prawie, jak Magda M.) uświadomiła mi dawno temu, a teraz o tym przypomniała, że historia z punktu widzenia kroniki to jedno, a własna historia, własny, indywidualny teatr, to zupełnie co innego. Po wpisach o "Wyzwolonym umyśle" możesz się domyśleć, że nie byłoby Miśka bez Deusa, nie byłoby "Onomatopei" bez "Fatum", "LEMoniady", nie byłoby "Siedziby Egzekutora" bez "Dżumy". Nie byłoby polonisty bez Faux-Pas.

Trzeba sobie powiedzieć otwarcie: pomysł kilku nie do końca zrównoważonych umysłów sprzed kilku lat był (i jest) przedsięwzięciem wielkim, wykraczającym poza skalę zwykłego pojmowania. A dlaczego?

O tym postaram się opowiedzieć w następnych notkach, bo Deus Ex Machina to także mój teatr.

Misiek
01:48, bernardowo , O Miśku
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 14 grudnia 2006
Na razie kończymy z większymi seriami wpisów, które trwają po trzy miesiące... pozostaje zatem polecieć w pojedyncze notki. Zaniedbałem trochę poezję, więc na dzisiaj jeden ze starych tekstów. Miłych doznań estetycznych życzę.

„KLAMKA DO NIEBA”
według fotografii Aleksandry Śnieżek

Szara mgła spowija szczyty,
Straszy zapach okleiny,
Niebo całunem zasnute
Chmurzy się, choć bez przyczyny,
Ocieniona szara ściana
Próg, drzwi, klamka ołowiana…

Drzwiom, jak dotąd nikt nie sprostał.
Tkwią zamknięte całe wieki.
Ich poobgryzana postać
Wciąż góruje nad człowiekiem,
Sędziwe w swej wyniosłości
Wrota do nieskończoności…

Klamka w nich odlana pięknie,
Ciężka, zimna, osmalona…
Czy jej w ogóle dosięgnę?
Lub czy ona mnie pokona?
Czy mi sił na nią wystarczy?
Wrócę z tarczą, czy na tarczy?
Czy w niepowodzenia gniewie
Nie przeklnę klamki, i siebie?

Trąd korników drzwi nie trawi.
Klamka błyszczy blaskiem dawnym.
Chmura dżdżystym sokiem krwawi.
Wrota wciąż stoją postawne,
Pod które, męcząc się srodze,
Ciągle z nadzieją przychodzę…

Nieprzekupna siła klamki,
Obojętnej, niewzruszonej,
A za nią mosiężne zamki,
W bramy drewno oprawione…
Tak, trwając przez dni i lata
Strzegą niebiańskiego świata…

Czym nacisnąć, by wyważyć?
Co ten drewna mur przebije?
Czy się da te drzwi podważyć?
I co się za nimi kryje?
Czy tam znikną moje lęki?
Czy tam Chrystus jest bezręki?
Czy odpowiedź się wyłania?
Czy też kolejne pytania?
Czy też warto się zatracać?
Czy otwierać się opłaca…?


Misiek

P.S. Zdjęcie Oli jest tutaj.
22:06, bernardowo , O Miśku
Link Komentarze (1) »
piątek, 08 grudnia 2006
Wyzwolony umysł - Teodoryk

Last but not least... Teodoryka zostawiłem sobie na koniec, bo jestem niemal pewien, że ze wszystkich trzech tutaj przeze mnie wymienionych jest największy. A ściślej - największy z mojego punktu widzenia, bo zrobił dla mnie najwięcej.

Ale zacznijmy od początku. A raczej od tego, gdzie zaczęły się pasje Teodoryka oraz jaki był początek tego, kim się potem stał nie tylko dla mnie, ale i dla wielu mi podobnych. Na tymże początku powiedzieć trzeba, że chyba od zawsze Teodoryk posiadał olbrzymią charyzmę i dar zjednywania sobie ludzi, wzbudzania szacunku. Wynikało to pośrednio z tego, że jego powierzchowność była absorbująca, majestatyczna, często groźna. Teodoryk wiedział, jak z niej korzystać. Jeszcze zanim był Teodorykiem (chociaż był nim od zawsze, tylko musiał uświadomić to światu), był bardzo aktywny sportowo, zaliczył nawet kilka sukcesów. Jego powodzenie i charyzma siłą rzeczy ustawiały innych w audytorium, czynąc z niego centrum uwagi.

Nie muszę chyba dodawać, że takie warunki inklinują postawy aktorsko-showmańskie.

Teodoryk pochodził z dobrego domu, otrzymał dobre wychowanie i nauczono go myśleć. Myślenie jednak nie zawsze idzie w parze z wymiernymi sukcesami szkolnymi, a Teodoryk był swego czasu bardziej skoncentrowany na innych sprawach, dających mu więcej radości. Nie oznacza to bynajmniej, że nie był inteligentny; otóż był on inteligentny koszmarnie, a przy tym wrażliwy artystycznie, chociaż wtedy sobie jeszcze tego nie uświadamiał. A nieuświadomiona wrażliwość artystyczna to było za mało w dawnym systemie szkolnictwa.

W tym okresie o przyjęciu do szkoły średniej decydował egzamin wewnętrzny. Teodoryk oblał język polski i musiał iść do zawodówki. Pech czy opatrzność? Ciężko mi stwierdzić, ale Teodoryk nigdy nie narzekał na swój los. W swojej szkole poznał bowiem swego mistrza, który odkrył jego wrażliwość i ukierunkował go, rezultatem czego była wygrana kilka lat później olimpiada polonistyczna. Teodoryk z nizin wzniósł się na absolutne wyżyny tego, kim mógł się stać, tylko i wyłącznie dzięki mądremu przewodnictwu i własnym umiejętnościom. Mając indeks na dowolną uczelnię polonistyczną w kraju maturę zdał ledwo; czuł ogromną satysfakcję z tego, kim się stał i co osiągnął. To mu wystarczało, póki co.

W trakcie studiów (a także trochę wcześniej) zwrócił swoją uwagę ku teatrowi, chociaż bardziej teatrologicznie, niż aktorsko. Swego czasu jeździł po całym kraju, zaliczając wszystkie najważniejsze premiery. Studiował też zapamiętale polonistykę (poloniści wiedzą, co to znaczy "studiować zapamiętale..."), którą był ukończył. Na studiach bawił się znakomicie, był to jego zdaniem najlepszy albo prawie najlepszy okres życia. Po napisanej pracy magisterskiej dopadła go jednak rzeczywistość.

Nie, żeby specjalnie przed nią uciekał, ale zbytnio mu się ona nie podobała. Imał się różnych zajęć ("polonista to nie zawód, lecz hobby..."), od sprzedawania warzyw, poprzez pisanie do gazet, pracę w radiu, wożenie akumulatorów... aż do tego, czego chciał uniknąć, czyli pracy nauczycielskiej. Co było w tym strasznego? Niby nic, a jednak bardzo wiele. Albowiem Teodoryk przeciwstawił rzeczywistości swoją idyllę, i stwierdził, że od tej pierwszej nie ma ucieczki. Wiązało się to z pewnym zawodem w życiu prywatnym, tutaj też ideał nie przystawał do sytuacji realnej. Proza życia była wszechogarniająca i nie do zniesienia.

Mógłbym pisać o kolejnych szczegółach z życia Teodoryka, kolejnych samochodach, planach na życie, mieszkaniach, przeczytanych i nieprzeczytanych książkach... ale ważne jest to, że gdzieś pod skórą cały czas grał mu teatr, i jak to ma teatr w zwyczaju, nie chciał przestać. A ponieważ los się zawsze odmienia, i na takie dość nieciekawe zawieszenie w próżni musiał przyjść koniec. Dzięki splotowi przyjaznych okoliczności Teodoryk trochę się ustabilizował, znalazł nową pracę, wciąż nauczycielską, ale przynajmniej z początku bardziej fascynującą. Wtedy też go poznałem.

Szybko się okazało, że tak, jak sam Teodoryk miał mistrza, który go poprowadził i pomógł mu wejść na wyżyny, tak i on gdzieś po drodze czuł, że może coś dać od siebie, nie w systemie nauczyciel - uczniowie, ale mistrz - uczeń. Chociaż tych indywidualnych uczniów było wielu, każdy na swój sposób jedyny i niepowtarzalny, z każdym Teodoryk pracował inaczej, każdemu poświęcał równie dużo energii. W tej pracy realizował się tak on, jak i ja. Było jednak coś jeszcze, co chyba w większym stopniu pozwoliło mi ukonstytuować samego siebie, niż przewodnictwo Teodoryka. A i sam Teodoryk dzięki temu czemuś zaczął się realizować tak, jak zawsze pragnął. Pierwszy teatr, drugi, potem trzeci... chociaż Teodoryk wielokrotnie później miał narzekać na swoją pracę, to jednak właśnie teatr trzymał go przy tym, co robił. Męczył go niemiłosiernie i stresował, Teodoryk co rusz powtarzał, że na następny przegląd zrobi mniej przedstawień... i za każym razem robił ich więcej. Został dyplomowanym reżyserem. To było to, w czym się prawdziwie realizował, w czym się naprawdę realizuje i w czym jest bezsprzecznie bardzo dobry.

Mnie ten teatr też pozwolił się realizować. Zrobił nawet więcej; pokazał mi, kim i czym jestem, zabrał mi też kawałek siebie, za co jestem mu tylko wdzięczny. Albowiem gdyby nie to, w mrocznych czasach, jakie miały nastać po moim wystąpieniu z tegoż teatru, nie znalazłbym punktu zaczepienia, miejsca, w którym mógłbym się przedefiniować i odnaleźć swoje "ja". A tego by nie było, gdyby nie Teodoryk, gdyby nie jego plany i mityczne wręcz zdanie: "Michale, pomożesz nam?", które wypowiedział do mnie podczas swojej pracy nad pierwszym spektaklem, kiedy byłem święcie przekonany, że nie nadaję się na deski teatru. I za to zdanie, za to, co się działo później, za stworzenie tradycji, opoki, pamięci, solidnej podstawy dalszego życia, bez której życie życiem być przestaje... za to wszystko zawsze będę mu wdzięczny. I nigdy tego nie zapomnę.

Misiek
15:01, bernardowo , O Miśku
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3